wtorek, 28 stycznia 2014

Maggiczne Maggotty

Odurzone w Wigilię przepysznym winem, ze zdumiewającą chęcią przystałyśmy na propozycję Sióstr, aby w Nowym Roku popracować przez kilka dni w Maggotty, dobrowolnie skracając sobie tym sposobem przerwę świąteczną, która przysługiwała nam do 9 stycznia. Tamtejsze wolontariuszki musiały wracać do Polski, przez co klinika miała zostać bez lekarza. Nie mogłyśmy przecież na to pozwolić!


Jak już wspominałyśmy, Maggotty jest mieścinką położoną w dolinie pośród dżungli, mimo to słynie z niezwykle pracowitej kliniki. Dziewczyny opowiadały nam o niebotycznych ilościach pacjentów, rzędu 100 osób dziennie, co stanowi niemal 2 razy więcej więcej, niż zazwyczaj przyjmujemy w Bull Sav w ciągu tygodnia... Często natłok ludzi powodował, że musiały pracować niemal 10 godzin dziennie, a i tak ledwo się wyrabiały. Będzie hardkor, pomyślałyśmy, jak my miałybyśmy sobie poradzić, jako dużo mniej doświadczone lekarki? Ale było już za późno na wymówki. Klamka zapadła, trzeba wziąć to na klatę. Jak widać, Siostry (z lekką pomocą wina) potrafią być niezwykle przekonujące, skoro dałyśmy się w to wciągnąć ;).




Niedziela, 5 stycznia 2014. Dzień 0.


Po powrocie z Kuby i niemal tygodniu nicnierobienia w Bull Savannah w końcu do naszych drzwi zapukały Siostry Rita i Gabriela. Czyli jednak. Nie zapomniały o nas, jak już miałyśmy nadzieję w chwilach zwątpienia. Żeby chyba złagodzić nasz stres związany z nowym miejscem pracy, obiecały zabrać nas na gospelowy koncert do Accompong, miejsca, w którym jako pierwsze zabrzmiały rogi protestując przeciwko niewolnictwu. Akurat 6 grudnia była rocznica tego wydarzenia, bardzo ważna dla Jamajczyków, zapowiadało się więc ciekawie... Niestety. Poza powszechnym tutaj, zgodnie z filozofią "soon come", sporym opóźnieniem i problemami technicznymi, strona artystyczna również nie miała wiele do zaoferowania. Nie udało się nam wysłuchać piosenek gwiazdy wieczoru, gdyż zajęta była zapraszaniem chętnych z tłumu do śpiewania na scenie. Według planu każdy z wykonawców miał zaprezentować jedną, góra dwie piosenki, jednak rozochoceni "artyści" rozkręcali się i nie chcieli schodzić z podwyższenia. Mimo, że nasze odczucia estetyczne bardzo się spłaszczyły podczas pobytu na Jamajce, ledwo byłyśmy w stanie zdzierżyć te śpiewy. Istna kakofonia. Jedynym godnym uwagi był występ dwóch samozwańczych wokalistek. Chciały najwyraźniej przypodobać się Najwyższemu gorącą modlitwą na dwa głosy, lecz ich ekstaza przerodziła się w opętany bełkot. Właśnie tak wyobrażałam sobie egzorcyzmy. Chuda machała swoimi niezmiernie długimi kończynami we wszystkie strony, krzycząc bez sekundy przerwy słowa, które trudno było od siebie odróżnić, gruba wtórowała wydzierając się w kółko do mikrofonu „In the name of Dżizas! In the name of Dżizas!!!”. Trwało to kilka dobrych minut, a my czułyśmy jakbyśmy się wybrały raczej na koncert Marylina Mansona :). Panienki spokojnie nadałyby się na intro jego płyty. Żałujemy tylko, że nie zabrałyśmy aparatów i nie udokumentowałyśmy wydarzenia... 

 Poniedziałek, 6 stycznia 2014. Dzień 1.

Jeśli kiedykolwiek twierdziłyśmy, że mieszkając w Bull Savannah nigdy nie będziemy już miały bliżej do roboty, byłyśmy w wielkim błędzie. O ile w Bull Sav, żeby dotrzeć do przychodni, musimy przejść przez całe podwórko i w poprzek ulicy, w Maggotty dosłownie mieszka się w klinice. Poinstruowane wcześniej przez Siostrzyczki, co jak i dlaczego, wstałyśmy wcześnie rano, żeby oporządzić dobytek. Stres zżerał nas od środka, starałyśmy się jednak tego nie uzewnętrzniać. Za bardzo. Wybrałyśmy sobie kolorowe scrubsy, żeby było nam choć trochę weselej. Marta upatrzyła sobie bluzę w słoneczka, tęcze oraz gołąbki pokoju i niebieskie spodnie do tego, ja ubrałam białą górę w kolorowe stópki i różowy dół. Wyglądałyśmy (lekka ironia) przecudnie. Na szczęście okazało się, że nie będziemy same – do kliniki przybył znienacka (a dokładniej z USA) doktor Phil, internista z preferencjami geriatrycznymi. Trochę nam ulżyło. Przynajmniej będzie się kogo poradzić w trudnych przypadkach, myślałyśmy... W przychodni są tylko dwa pokoje dla lekarzy, postanowiłyśmy więc pracować razem (co dwie głowy to nie jedna). Pierwsze przypadki okazały się łatwe (Siostry dbały o nas, podrzucając trudniejszych pacjentów Doktorowi) – trzy cukrzyce, które przybyły po uzupełnienie/skorygowanie leków. Potem bywało raz lepiej, raz gorzej - żylak, refluks żołądkowo-przełykowy, 2 infekcje bakteryjne skóry, rzęsistek pochwowy, ropowica palca, infekcja bakteryjna okolicy odbytu, infekcja pochwy + ból pleców, biegunka u dwuletniego dziecka, ból głowy, 2 grzyby u dzieci, eczema + astma, ból głowy + ból pleców, sinus... Czyli nihil novi. Zdarzyło się też jednak kilka niecodziennych przypadków – miesięczne dziecko z dodatkowymi paluszkami (przybyło z powodu przeziębienia) a także bilans szkolny dwójki rozwydrzonych trzylatków, których nie mogłyśmy za żadne skarby doprowadzić do porządku. Udzieliłyśmy też konsultacji na prośbę Doktora, który nie wiedział, jak leczyć wole nadczynne. Dziwne. Spodziewałyśmy się raczej, że to my będziemy co chwilę prosić go o pomoc. Bardzo nas to podbudowało. Chyba nie jesteśmy jednak aż takie głupie ;).

Dodatkowy paluszek

Co się dzieje? Co się dzieje?


Udało nam się oporządzić pacjentów do godziny 16. Całe szczęście wielu Jamajczyków wciąż świętowało i zapomniało najwyraźniej o chorowaniu. W sumie odwiedziło nas 23 pacjentów, do Phila zawitało drugie tyle, Siostry też obsłużyły dużą część chorych. Czarne prognozy nie sprawdziły się! Co za fart! 
 

Wieczorem obiecałyśmy pomóc Siostrom w gotowaniu gołąbków dla biskupa. Kolację uwieńczyły kopytka, smakujące niemal identycznie jak w Polsce, mimo użycia yamu zamiast ziemniaków. Jedynie biedna Siostra Rita nie była w stanie skosztować żadnych pyszności – cały dzień spędziła u dentysty w Montego Bay, który leczył jej kanałowo 3 zęby naraz. Lidokaina najwyraźniej nie działała na nią jak należy, doktor niemal ją zatruł, przekraczając dawkę maksymalną i biedaczka była ledwo w stanie dojechać do domu...

Gotuj z Siostrą Emilką!

Miły czas przerwał nam klakson dobiegający z podwórka. Przyjechali z kolejnym pacjentem – atak astmy. Przerwałyśmy więc pogaduchy i udałyśmy się do kliniki. Na szczęście udało się nam wyprowadzić chłopaka do stanu używalności bez większych przeszkód. Maggotty jest świetnie wyposażoną i mądrze zarządzaną kliniką. Jest tu dostępny salbutamol w nebulizacji, jak wspaniale! Teoretycznie mała rzecz, a cieszy. Ulżyło mi, że nie muszę znowu podawać choremu przeterminowanego ipratropium...


Wymęczone intensywnością wrażeń poszłyśmy posłusznie do łóżek... Co zresztą innego można robić w środku buszu, z dala od cywilizacji...

Wtorek, 7 stycznia 2014. Dzień 2.


"Hey doc, how are you?" - Tego dnia przypadła moja kolej na otwieranie bramy prowadzącej do kliniki. Jeszcze zaspana i w piżamie, zostałam przywitana w ten sposób przez pana prowadzącego poranne śpiewy i modlitwy w poczekalni.

"Fine, thanks" - odpowiedziałam z uśmiechem na ustach.

"Don't say <<I'm fine>>, say <<I'm blessed>>!" - zripostował. Cóż mogłam na to powiedzieć... Pozostało mi tylko podążyć za sporą grupką przybyłych już, mimo wczesnej pory, pacjentów. 



Świt wśród buszu
Poczekalnia

Naszemu porannemu ogarnianiu towarzyszyły głośne religijne pieśni, śpiewane przez chorych oczekujących porady. „Tu jakoś mają siłę się wydzierać na całe gardło”, stwierdziłyśmy. Potem przychodzą niemal umierający do gabinetu i narzekają na wszelakie piejny i gasy siejące spustoszenie w ich delikatnych organizmach... 


Pan wodzirej (i gitarka się znalazła)
  

Tego dnia pacjenci przybyli mniej licznie niż w poniedziałek, siedziałyśmy jednak nad niektórymi przypadkami naprawdę długo i skończyłyśmy pracę dopiero o 18... Siostry co chwilę podtykały nam chore dzieci, które ledwo były w stanie ustać w kolejce, przelewając się przez ramiona matek, co spowodowało złość jednej z jakże chorych pacjentek, która, w momencie, gdy chciałyśmy wyjść na lunch, wparowała bez zaproszenia do gabinetu i nie dała się wyprosić. Poczułyśmy się jak w Polsce :). Jej wielkim problemem był ból głowy. Podejrzewałyśmy problemy ze wzrokiem, a że pod ręką była akurat tablica Snellena, postanowiłyśmy zbadać jego ostrość. I chociaż analfabetyzm na Jamajce, zwłaszcza wśród osób starszych, nie jest niczym nowym, kobieta zaskoczyła nas nieco przyznając, że nie potrafi czytać. No to jak w takim razie zbadać wzrok? Znalazłyśmy naklejki ze zwierzątkami – będzie wersja dziecięca. Baba miała jednak wyraźne problemy z ich rozróżnianiem, mimo wcześniejszego poinstruowania, który to lisek, a który jeżyk. „Za szybko mówisz, Doc, nie zapamiętam tylu nazw”... Opadły nam ręce... Koniec końców okazało się, że niektóre litery jednak zna, udało się ją jakoś zbadać i zalecić okulary.

A co to za literka?



Czy to lis, czy to jeżyk? Eeee?

Poza tym przybyły do nas:

- 2 nadciśnienia tętnicze + ból kostnostawowy
- nadciśnienie tętnicze + ból pleców + bradykardia z omdleniami (u sióstr można zrobić EKG!) - zaleciłyśmy Holtera
- nadciśnienie tętnicze + hipercholesterolemia + ból kostno-stawowy + anemia
- nadciśnienie tętnicze + przeziębienie + cukrzyca
- żółtaczka (najprawdopodobniej miąższowa)
- dziecko z przerośniętym migdałem
- ból lewej nogi
- dziecko z trudnościami w karmieniu piersią
- częste oddawanie moczu
- dziecko z bakteryjną infekcją skóry x 2
- rzęsistek pochwowy
- opryszczka
- dziecko z „robakami”
- złamanie dużego palca stopy, które okazało się tylko rozcięciem skóry + grzybica skóry
- dysuria
- bilans szkolny






Tego dnia po raz pierwszy dostałyśmy także za zadanie wypisać akt zgonu... Na szczęście nie z naszej przyczyny, pacjentki nawet nie widziałyśmy na oczy – zmarło się jej w domu i to w dodatku przed naszym przybyciem do Maggotty. Biedaczka chorowała od dawna i nie wstawała z łóżka z powodu zepsutego biodra, a na jej kości krzyżowej pojawiła się ogromna odleżyna. Od razu pomyślałyśmy o naszej biednej Daisy... 
 

Wyczerpane nadmiarem roboty zostałyśmy wybawione przez Siostry przepyszną kolacją, czyli gołąbkami, które jeszcze zostały po niespodziewanym najeździe biskupa (przyjechał po nie sam z rana, zamiast cierpliwie czekać na przesyłkę). Były idealne!

Środa, 8 stycznia 2014. Dzień 3.

Maggotty jest najlepszym dowodem tego, że warto wierzyć w sny. Czasami trzeba im tylko trochę pomóc. Pewnej nocy księdzu Markowi przyśniła się fabryka kiełbasy pośród buszu. Cóż robić – trzeba było zabrać się do roboty. Po długich przygotowaniach w końcu w 2012 roku z taśmy produkcyjnej wyjechała pierwsza kiełbaska! Obecnie wytwarzane tu są 4 jej rodzaje: Jerk (czyli z typową jamajską mieszanką przypraw – ale bez skojarzeń proszę), Country Style, Bratwurst i... Krakowska! Najprawdziwasza Krakowska made in Jamaica! Dzięki fabryce Jamajczycy nie tylko poznali smak tradycyjnej polskiej kiełbasy, ale wielu z nich zyskało też pracę – wszystkie składniki są skupowane od lokalnych dostawców. Działalność księdza została doceniona i mimo braku reklam w okolicznych mediach udało mu się zdobyć kilka nagród, ustępując miejsca na najwyższym stopniu podium jedynie dużym koncernom żywieniowym.


W krótkiej przerwie między pacjentami żona doktora Phila, Linda, która pomaga księdzu w papierach i zarządza fabryką, zabrała nas na krótką wycieczkę po wytwórni. Na szczęście musiałyśmy przejść dosłownie kilka kroków z kliniki, toteż zwiedzałyśmy w naszych kolorowych scrubsach ;). Poznałyśmy wszelkie etapy produkcji kiełbaski od uboju świnki aż do pakowania, a wieczorem podczas kolacji z okazji 37 rocznicy ślubu Phila i Lindy miałyśmy okazję spróbować produkt finalny w pysznym sosie. Mniam!

Fabryka kiełbasy


Pacjenci jak zwykle nie zawiedli i znowu musiałyśmy siedzieć długo w pracy. Tego dnia największy problem sprawiła nam pacjentka, która przyszła do nas z typowymi objawami wczesnej ciąży – poranne nudności i brak miesiączki od 2 miesięcy, a zlecony test wyraźnie pokazywał dwie kreski. Pani wciąż nie wierzyła w to, że spodziewa się dziecka mówiąc, że to przecież niemożliwe, bo ma już piątkę i więcej nie chce... Co mogłyśmy poradzić... Dałyśmy jej witaminy i kwas foliowy, mimo że nalegała na inne rozwiązanie. Gdy odmówiłyśmy i poradziłyśmy jej wizytę u ginekologa, a w przyszości stosowanie antykoncepcji, wyszła trzaskając drzwiami zawiedziona. No beznadziejne z nas lekarki.
 

Tego dnia doktor Phil próbował nieudolnie ściągnąć paznokieć pewnej pacjentce. Wkroczyłyśmy więc do akcji radząc mu, że zamiast ciągnąć na siłę całą płytkę, można przeciąć ją na pół i usuwać po kawałku. Doktor zaproponował więc Marcie, żeby go zastąpiła i w ten sposób znowu udowodniłyśmy wyższość polskiej medycyny nad amerykańską ;).
 
Usuwanie paznokcia





Na sam deser przyszła do nas pani z nieoznaczalnym cukrem mimo intensywnej, jakby się mogło wydawać, insulinoterapii. W rzeczywistości pacjentce nie zawsze chciało się przyjmować insuliny, a że w dodatku pracowała w sklepie spożywczym, lubiła sobie podjadać słodycze. Gdy po podaniu 50 jednostek insuliny glukometr po raz 3 wskazał jedynie "high" zamiast wyniku, postanowiłam wysłać panią do szpitala. Od pomysłu odwiodła mnie... Siostra Rita, gdyż okazało się, że lekarze już kilkukrotnie odsyłali chorą do domu nie widząc wielkiego problemu. Po kolejnych 20 jednostkach glukometr w końcu pokazał „tylko” 490 mg/dl, a Marta wygłosiła piękną mowę, dlaczego regularne przyjmowanie leku jest takie ważne. Po minie pacjentki wywnioskowałyśmy, że informacja w końcu dotarła do odpowiedniego ośrodka w jej mózgu...


Inne przypadki z tego dnia:

- astma u dziecka
- cukrzyca + nadciśnienie tętnicze x3
- grzybica + cukrzyca (do rymu)
- zapalenie dróg moczowych
- niedożywione dziecko z gorączką i kaszlem
- nadciśnienie tętnicze + zaburzenia lękowe i sinus
- ciąża x2
- gorączka + grzybica u kolejnego niedożywionego dziecka
- bakteryjne zapalenie pochwy x 2
- bolesne ząbkowanie + gorączka + biegunka (u dziecka 3-letniego)
- wysypka + rumień pieluszkowy (u dziecka oczywiście)
- dziecko z podejrzeniem zapalenia płuc + eczema + astma
- ból pleców i prawej nogi
- dziecko z robakiem
- astma u dorosłego
- zapalenie ucha środkowego
- nadreaktywność oskrzeli
- zwichnięta żuchwa




Czwartek, 9.01.2014. Dzień 4.


Na początku przyszła pani ze zdjętym paznokciem na kontrolę. Potem były kolejno: alergia, wrzód żołądka, choroba refluksowa przełyku + nadciśnienie tętnicze, dziecko z katarkiem, dziecko na bilans, dziecko z astmą, grzybica + przeziębienie, grzybica bez przeziębienia, ból brzucha u dziecka, niewydolność żylna (z okropnymi owrzodzeniami na stopach, które musiałyśmy skrobać przez pół godziny, każda z nas wzięła po jednej kończynie, żeby było szybciej...), przepuklina pachwinowa lewostronna (do kontroli), infekcja bakteryjna skóry, bakteryjne zapalenie pochwy, cukrzyca + nadciśnienie, dziecko z podwyższoną temperaturą ciała po szczepieniu, astma z nadciśnieniem.

To tylko dobra mina do złej gry
Też pozowane


Był to nasz ostatni dzień w Maggotty... Niestety. Mimo dużo większej (i dłuższej) pracy niż w Bull Sav, było nam bardzo smutno opuszczać tutejszą klinikę. Tu czas płynie inaczej i żyje się inaczej. I wszystko jest tak cudownie zorganizowane. Siostry rozpieszczały nas codziennie pysznym jedzeniem i nigdy nie odmawiały pomocy, dbały o pacjentów, a nas wyposażyły w pokaźną ilość brakujących w BS leków. Niesamowicie ociągałyśmy się ze wsiadaniem do samochodu Księdza Zacka, który przyjechał po nas stęskniony. Maggotty to naprawdę maggiczne miejsce. Miejsce, do którego chce się wracać!

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Vivir mi vida!

Często pytane o to, która część Jamajki najbardziej przypadła nam do gustu podczas naszego długiego pobytu, z uśmiechem odpowiadamy, że Kuba. Wyjechałyśmy tam ciekawe tego, jak w praktyce wygląda komunizm, którego, na szczęście, nie miałyśmy właściwie okazji nigdy świadomie doświadczyć. Wróciłyśmy zbulwersowane, jak w ogóle, w dzisiejszych czasach takie masowe zniewolenie i manipulacja są możliwe i jednocześnie zdumione tym, jak wielu pozytywnych ludzi udało nam się spotkać na drodze. Mimo trudności, ludzie tańcząc salsę i śpiewając na ulicach, potrafią być prawdziwie szczęśliwi. Ponieważ jednak, Kuba nie jest częścią tej opowieści skupimy się tylko na kilku praktycznych poradach, które nam przed podróżą bardzo by się przydały. Proszę, można się nauczyć na naszych błędach:

1. Dobrze jest powiadomić bank o dalekiej podróży, bo poczciwcy dbając o interesy klientów, blokują transakcje jako podejrzane (można je odblokować w jednym miejscu w Hawanie - w piwnicy socjalistycznego molochu - Hotelu Habana Libre).

2. W bankomatach działają tylko karty Visa, żeby wypłacić pieniądze z Mastercarda, trzeba stać w bardzo długiej kolejce (będącej niewątpliwie elementem lokalnego folkloru) do banku… i to nie każdego.

3. Nawet jak nie ma prowizji, jest prowizja.

4. Amerykańskich banków w ogóle się tu nie obsługuje (kartą z Citibanku można się co najwyżej podrapać).

5. Na dolary nałożona jest 10 procentowa prowizja, więc w gotówce najlepiej zabrać Euro.

6. To bzdura, że turyści nie mogą płacić w Moeda Nacional, mogą, ale muszą ją najpierw zdobyć na przykład w sklepie z pamiątkami, bo oficjalnie jest to zabronione.

7. Ceny w MN są od 4 (za obiad) do 50 (za kawę) razy niższe, niż w CUC, czyli Peso Convertible, które stanowi odpowiednik dolara amerykańskiego.

8. Ceny najpopularniejszych wśród oszczędnych turystów pensjonatów na 4-8 osób, są zdecydowanie lepsze przez Internet (właściciel nie ustala cen noclegu i nie ma dostępu do strony internetowej, na której się reklamuje, więc trzeba go przekonać, że śniadanie naprawdę było wliczone w cenę).

9. Do Internetu dostęp ma 2% ludności, co w praktyce oznacza instytucje rządowe. Internetu po prostu nigdzie nie ma. Okej, jest jakiś mega słabiak (cenzura, włącznie z czytaniem maili) w kilku hotelach. Maila można wysłać przez cenzurowany (ciekawe, ilu zatrudniają tłumaczy) intranet z konta właściciela pensjonatu, jeśli takowe posiada).

10. Ceny smsów z Polski, są wyższe niż tych do Polski i mogą dochodzić do 10 złotych.

11. Po zmroku nie należy chodzić z zakupami i aparatami na szyi po innej części miasta niż Havana Vieja, bo może się to skończyć źle. Taksówki są tanie i można spokojnie stargować połowę ceny, bo zazwyczaj pierwsza jest bardzo turystyczna.

12. Stała jest cena na lotnisko - 25 CUC za taksówkę i podatek za wyjazd z Kuby - 25 CUC. Żeby się z wyspy wydostać trzeba odłożyć trochę grosza.

13. Dobre Mojito można wypić za 1,5 CUC w wielu miejscach w mieście. Początkowa cena bywa różna, ale zazwyczaj można ostatecznie wydać właśnie tyle. Nie warto natomiast targować się na Calle Brazil przy Plaza del Cristo, w małym, bardzo offowym pubie, w którym drinki są wielkie i pyszne. Tamtejsza Pinacolada po prostu nie ma sobie równych!

14. To nieprawda, że z Kubańczykami nie można rozmawiać, można. Nie zawsze całkiem swobodnie, ale jednak. Tak jak można zostać niespodziewanie zaproszonym na domową imprezę sylwestrową.

15. Na lekcje salsy najlepszy jest Trinidad (miasto na południu Kuby), a konkretnie schody przed Casa de la Musica, gdzie darmowe lekcje salsy odbywają się codziennie. 10 dolarów kosztuje 4-6 godzinna wycieczka konna nad wodospady.

16. Można bez skrępowania tańczyć i śpiewać na lotnisku o 7 rano w Nowy Rok ku uciesze panów z obsługi (którzy nieustannie prowokowali nas, puszczając lokalny mega hit - „Vivir mi Vida” Marca Anthony’go).

17. Włócząc się wieczorem po Starej Hawanie, można się niechcący natknąć na koncert Buena Vista Social Club!

Nie da się o tym opowiedzieć, trzeba to zobaczyć. Tydzień to o wiele za mało!

El Capitol



Naprawa taksówek



Che wiecznie żywy

Pokój w wydaniu kubańskim




Owocniak


Wnętrze sklepu dla Kubańczyków




Pan policjant



Wnętrze kubańskiego domu

Trinidad





czwartek, 23 stycznia 2014

Hold on, Ms Daisy!

Przed wyjazdem na Kubę nasz największy problem, z którym nie mogłyśmy sobie same poradzić, stanowiła nie tyle sama Daisy, ile opieka nad nią. Bardzo zależało nam na tym, żeby zastać ją żywą po powrocie z wycieczki. Nic chyba tak człowiekowi nie potrafi zrujnować Świąt, jak śmierć bliskiej osoby, więc z całych sił, zupełnie egoistycznie chciałyśmy tego uniknąć. Ta miła staruszka stała się dla nas prawie członkiem rodziny, a i my dla niej, myślę, przez cały ten czas robiłyśmy więcej niż od biologicznej rodziny mogłaby oczekiwać. Miało nas nie być osiem dni - wystarczająco dużo, żeby rozwinęła się nowa odleżyna albo, co najmniej, kolejna infekcja w starej. Poproszona wcześniej o pomoc pielęgniarka, musiała niestety, z przyczyn osobistych odmówić. Brooke, która również w tym czasie wyjeżdżała, wzięła na siebie ciężar zorganizowania pomocy. Udało się lepiej niż wszyscy zakładali. Do domu na Święta przyjechała dziewczyna z ostatniego roku pielęgniarstwa, która w ramach treningu przed egzaminami praktycznymi, zgodziła się zająć Daisy do końca ferii. Cieszyłyśmy się, że wreszcie ktoś wykwalifikowany i zorientowany w tutejszych możliwościach będzie zmieniał te pioruńskie opatrunki. Shanika, bo tak jej właśnie było na imię (jedno z tych oryginalnych imion na „Sh” w stylu Shantisha i Shantira, które ciężko zapamiętać) okazała się bardzo kompetentna i troskliwa. Najbardziej nam się podobało jej spojrzenie na jamajski system służby zdrowia, które w zupełności pokrywało się z naszym. Ciekawe, tym bardziej, że z punktu widzenia „insidera”. Jej również nie mieściło się w głowie, jak zupełnie odwodniona staruszkę z zakażoną odleżyną wielkości talerza i głęboką na palec można wypisać do domu wprost w (nie)czułe (lewe) ręce rodziny. Kompetencje w zmienianiu opatrunków oczywiście nie były nabywane za darmo, z czego rodzina nie była zadowolona (Ale jak to? Ale lekarze byli przecież za darmo i opatrunki i wszystko za darmo i Oktenisept - nasz - za darmo? A teraz trzeba płacić? A czemu tak dużo? A jak długo? A lekarze to kiedy wracają? A czemu dopiero wtedy?), bo jak tu się cieszyć, gdy pielęgniarka chce za opiekę 30 dolarów dziennie, gdy miesięczny zasiłek dla starych i bezrobotnych wynosi 20… Smutna rzeczywistość. Ciężko ich oceniać, bo choć kochającą rodziną nie są i można by wiele zarzucić ich roszczeniowemu podejściu do nas, to jednak w dostatek nie opływają… Koniec końców, pieniądze jakoś się znalazły i pielęgniarka została, żeby nas wyręczyć. Ależ to była ulga, dla sumienia i dla pleców...

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Hej kolęda, kolęda!

Noc była cicha, bo Maggotty to miejsce w środku buszu, w głębokiej dolinie, do której nie dociera wiatr i Internet. Noc była święta, dzięki misji katolickiej, liczącej obecnie 6 osób, prawie w całości (poza Matką Przełożoną) polskiej, która skuteczniej niż wiatr dotarła przed laty do tej doliny. Noc niosła pokój ludziom wszem, których uzbierała się niezła grupa. Razem z nami, dwiema lekarkami, psycholożką i dentystką, na co dzień pracującymi na misji, do wigilijnego stołu zasiadło 15 osób. Biedna Siostra Przełożona nawet nie próbowała nas powstrzymywać przed mówieniem w ojczystym języku, z resztą i tak nic by nie wskórała, z tradycją nie wygrasz!


Pierwszą gwiazdkę, na jasnym wciąż niebie, wypatrzeć było niezmiernie trudno, mimo to, wszyscy wygłodniali goście starali się z całych sił i po serii fałszywych alarmów wreszcie można było zaczynać. I jak co roku, na początku wieczerzy, podły znajome słowa „W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz…”. Ksiądz Marek, rodzynek, czytał z przejęciem, a wszyscy uśmiechali się pod nosem. Kolejnym obowiązkowym punktem programu był opłatek i życzenia, w których prym wiodły siostry, chyba od ich wielkich serc zwane Sercankami. Ponieważ nie znaliśmy się prawie wcale, wyliczania i wymiana uprzejmości trwały bardzo długo, bo wszystkim trzeba było życzyć wszystkiego. Gdy skończyliśmy, można było bez skrupułów zasiąść do stołu, który zastawiony był obficie najróżniejszymi sałatkami (pamiętam tylko jedną- awokado, jajko, mango, majonez). Potrawy tradycyjne, żeby uniknąć zamieszek i przepychanek przy/na ogromnym stole, krążyły tylko wokół, przekazywane z rąk do rąk. Na początku rundkę zrobił śledzik przesłany podobno ze Stanów na import docelowy. Zastaw się a postaw się, ale śledzik musi być. I to nie byle jaki śledzik, bo, niczym chińska kaczka, w pięciu smakach… W cieście, po karaibsku z papają i ananasem, po ukraińsku - w sałatce, w śmietanie i jabłkowo-cynamonowy… Wszystkie pyszne. Druga runda należała do barszczu z uszkami i karpia smażonego, który podobno jeszcze dzień wcześniej pływał w pobliskiej rzece. Nie zabrakło pierogów, kapusty z grzybami (wow!), które przebyły ocean by znaleźć się na stole. Nawet kompot z okolicznego suszu (same owoce, bez ziół :)) wszystkim smakował. Na słodki koniec podano kluski z makiem, kutię, sernik i makowiec, które popychaliśmy pięściami żeby się zmieściły:).  Jeżeli śledziki można policzyć wspólnie, jako pierwszą z potraw, to może nawet zmieścilibyśmy się w dwunastu. Pękaliśmy w szwach, ale Siostry kazały śpiewać. Śpiewaliśmy więc, pękając w szwach, półsiedząc, półleżąc, coraz cieńszymi głosikami, bo na zmniejszonej pojemności płuc. Dlaczego żołądek leży akurat pod przeponą? Mimo przeciwności losu dawaliśmy radę. Każdy pamiętał coś innego, nikt nie pamiętał wszystkiego, ale szło nam prawie tak dobrze jakbyśmy wyrośli w kościelnych chórach  pod czujnym okiem organistów (co mogło być w części przypadków możliwe - nie wnikam).

Śledź w pięciu smakach

Z siostrami: Gabrielą, Ritą i Emilką

Zaskoczyły nas bardzo miło zorganizowane last minute prezenty, przy których rozpakowywaniu była kupa śmiechu.  Przed północą zachrypnięci udaliśmy się na dalszą część uroczystości do kościoła. Przyszedł czas na Przełożoną, teraz ona musiała wykazać się znajomością świątecznego kanonu. Solo zwrotka i chórem znajomy refren. Wyciągałyśmy z Franią na jednym wdechu:
„GloOOOOoOOOOoOOOOoria in excelsis Deo
GloOOOOoOOOOoOOOOoria in excelsis DeEo”
W końcu na coś się przydał przedświąteczny trening.


Przyozdobiony kościół w Maggotty

Po Wigilii tradycyjnie polskiej czekała na nas jeszcze jedna, tradycyjnie jamajska, która nie ma nic wspólnego ze spędzaniem czasu w rodzinnym gronie w domowym zaciszu. Polega mianowicie na tym, że wszyscy, niezależnie od wieku, wylegają na ulice po to, żeby zmieszać się ze sobą w gęstym, lepkim tłumie. Co bardziej kreatywni, w ciemności, podpalają rozpylone spraye na karaluchy. Co chwilę nowa puszka wybucha ponad głowami. Miejsce zapachu piernika zastępuje, w lokalnej tradycji, dławiąca mieszanka spalin, marihuany i muchozolu. Ponieważ takiego wydarzenia nie można było przegapić, razem ze wszystkimi dziewczynami pojechałyśmy na Grand Market w Santa Cruz - podobno największy i najgłośniejszy na całej Wyspie. Istna turystyczna gratka. Ciągnięte za włosy, poszturchiwane i popychane przepchnęłyśmy się w końcu pomiędzy licznymi stoiskami z plastikiem, poliestrem i brokatem we wszystkich kolorach tęczy pod scenę, na której miał się odbywać wybitny koncert, niestety dopiero o czwartej rano. Na początku swoich sił próbował jakiś znany DJ, który zamiast puszczać muzykę nieustannie, co 10-20 sekund, przerywał nagranie, by ryczeć przez megafon do rozochoconej gawiedzi. Słowa nie dało się zrozumieć. Nie dało się też tańczyć, więc po półgodzinie ciągłego potrącania przez ludzi i desperacko usiłujące się przepchnąć samochody, myśląc już tylko o porannym locie na Kubę, postanowiłyśmy wrócić do domu nie zobaczywszy największej atrakcji wieczoru. 

Jak (chyba) powszechnie wiadomo, Jamajka jest krajem bardzo niebezpiecznym, o czym jeszcze nie miałyśmy okazji wspomnieć. Co tydzień słyszymy o jakichś ofiarach bądź aresztowaniach wśród rodzin naszych pacjentów. Grand Market jest słynny z tego, że co roku ktoś, z różnych względów, najczęściej porachunków gangów narkotykowych, traci życie. Gdy rano 100 metrów od domu dziewczyn, w którym wszystkie spałyśmy, znaleziono zastrzelonego 17-latka, nikt nie był tym faktem szczególnie zdziwiony. Nic nie widziałyśmy, a dźwięki strzałów, w środku nocy, dobiegały ze wszystkich stron. „He had it comming” mówili zgromadzeni bardzo licznie wokół ciała ludzie. Podczas gdy policja zajęta była rozwijaniem żółtej taśmy, my zwijałyśmy się szybko, po cichu wynosząc spakowane na tygodniową podróż plecaki. Przesłuchanie w charakterze nic nie wnoszących świadków było ostatnia rzeczą, na którą miałyśmy czas. Samochód na lotnisko już czekał...

czwartek, 16 stycznia 2014

The place where rum is never gone

Kubański rząd nie zezwala swoim obywatelom na korzystanie z internetu, utrudniając życie nie tyle Kubańczykom, którzy z tego dobrodziejstwa technologii korzystać po prostu nie zwykli, co turystom pragnącym odwiedzić ów piękny kraj. Wirtualny przelew nie wchodził więc w grę, a za bilety lotnicze trzeba było jakoś zapłacić, w końcu nasz odlot miał nastąpić za 2 dni. Dlatego w poniedziałek rano spotkałyśmy się z dziewczynami w Santa Cruz celem wypłaty mnóstwa pieniędzy i następnie wpłaty całej kwoty w ściśle określonym banku. Z powodu gorączki przedświątecznej przed wszystkimi bankomatami w mieście ustawiły się długaśne kolejki, a w bankach ludzie się zwyczajnie nie mieścili. Limit jednorazowej wpłaty jest tu ograniczony do 15000 jamajskich dolarów, każda z nas była więc zmuszona do wykonania 4 transakcji. Bankomaty zgłupiały, nasze portfele pękały w szwach, próbując zdzierżyć 50000 dolarów wypłaconych w banknotach o nominałach 1000 i 500, a kolejki za nami rosły. Gdy opróżniłyśmy już dwa ATM-y, ogonek za nami wydłużył się kilkukrotnie, a nastroje zmieniły się w niemal wrogie. Kilkadziesiąt par wściekłych oczu obserwowało każdy nasz ruch.

Opróżnianie ATM-u

Pospiesznie oddalając się od miejsca zbrodni, modliłyśmy się w duchu, że jeszcze zostały jakieś pieniądze w skarbcu. Perspektywa wkurzonego tłumu rozszarpującego nas na strzępy nie była bowiem zbyt ciekawa. Następnym przystankiem był inny bank, w którym pieniądze trzeba było tym razem wpłacić... Widząc niebotyczną kolejkę, wielokrotnie zakręcającą wokół filarów, zrobiło nam się słabo. Odstałyśmy swoje (3 godziny), wzbudzając niemałe zaciekawienie wśród lokalsów podczas przeliczania pieniędzy. Całe szczęście ochrona czuwała i znowu obyło się bez szycia :). Wpłata zaksięgowana, bilety kupione! 

 
Kapitan Jack Sparrow najwyraźniej nigdy nie był w Appleton
Znalazłyśmy resztki sił na złapanie taksówki do fabryki rumu w Appleton. Miejsce to jest niemałym powodem do jamajskiej dumy. Nic dziwnego. W końcu to jedna z niewielu rzeczy, którą Jamajczycy są w stanie wyprodukować sami. Żadnych zagranicznych technologii. Powitane zostałyśmy duszącym odorem niekojarzącym się zupełnie z przyjemnościami płynącymi ze spożywania alkoholu. Na szczęście, po uiszczeniu opłaty, spotkała nas miła niespodzianka w postaci drinka powitalnego. Z początku starałyśmy się sączyć nasze napoje jak najwolniej się dało, nie żywiąc nadziei na dolewkę. Kiedy jednak w szklaneczce Marty ukazało się dno, przemiły barman zapytał, czy przypadkiem nie życzymy sobie więcej. Jak na zawołanie opróżniłyśmy pozostałe kubeczki jednym łykiem, pożądliwie odpowiadając „TAAAAK!”. Trzecią (a może czwartą...) kolejkę zabrałyśmy już ze sobą na tour... Cóż, śmiem stwierdzić, że muzea byłyby dużo ciekawsze, gdyby częściej stosowały podobne techniki witania turystów. I nawet duszący zapach wokół stał się bardziej znośny. Pan przewodnik opowiedział o całej produkcji rumu. Składa się ona z trzech części (za Wikipedią): 

W odróżnieniu od innych napojów spirytusowych, takich jak koniak i whisky, rum nie ma określonej metody produkcji – zależy ona w dużej mierze od miejsca wytwarzania rumu.

Pierwotna metoda wyciskania soku z trzciny

1. Fermentacja

Rum produkowany jest najczęściej z melasy (na Karaibach i w Brazylii). Znaczącym wyjątkiem są francuskojęzyczne wyspy, gdzie sok z trzciny cukrowej jest preferowanym składnikiem bazy. Drożdże i wodę dodaje się do składnika podstawowego (melasa lub sok z trzciny cukrowej) w celu rozpoczęcia procesu fermentacji. Niektórzy producenci wykorzystują dzikie drożdże w procesie fermentacji, jednak większość producentów korzysta ze szczepów drożdży Saccharomyces cerevisiae, co ułatwia zapewnienie spójnego i przewidywalnego czasu fermentacji. Najczęściej źródłem drożdży jest tzw. dunder – pianka z poprzednich fermentacji bogata w drożdże. Dunder jest tradycyjnym źródłem drożdży na Jamajce.

2. Destylacja

Podobnie jak w przypadku wszystkich innych aspektów produkcji rumu, nie ma standardowej metody destylacji. Większość produkcji odbywa się przy użyciu kolumny rektyfikacyjnej, część producentów do destylacji rumu używa alembików, dzięki czemu można uzyskać „pełny” smak rumu.

3. Dojrzewanie

Wiele krajów wymaga, aby rum dojrzewał co najmniej rok. Dojrzewanie odbywa się w drewnianych beczkach dębowych, ale także w zbiornikach ze stali nierdzewnej lub w beczkach z innych rodzajów drewna. Proces dojrzewania ma wpływ na barwę rumu. Rum dojrzewający w dębowych beczkach staje się ciemny, a dojrzewający w zbiornikach ze stali nierdzewnej pozostaje praktycznie bezbarwny. Ze względu na tropikalny klimat, wspólny dla większości obszarów produkujących rum, alkohol ten dojrzewa o wiele szybciej niż whisky czy koniak. Dojrzały rum jest zazwyczaj mieszany, aby zapewnić jednolity smak i kolor. Mieszanie rumu jest ostatnim krokiem w procesie produkcji. W ramach procesu mieszania jasny rum może być dodatkowo filtrowany w celu uzyskania w pełni bezbarwnego trunku.

Po zwiedzeniu supertajnego pomieszczenia, gdzie rum jest destylowany, odwiedziliśmy też miejsce jego leżakowania. Najciekawszym okazał się jednak mały bar, w którym mogłyśmy docenić walory smakowe wszelkich produktów wychodzących z taśmy produkcyjnej w Appleton. Przewodnik miksował różne rumy ostrzegając, że dodawanie do niektórych z nich coli jest grzechem śmiertelnym. Teraz już będziemy pamiętać, że te w butelkach zaopatrzonych w kobiece krągłości tolerują jedynie soki naturalne, a tylko te w prostych można mieszać z bąbelkami. Bardzo ważna rzecz! Najsmaczniejsze trunki degustowałyśmy tak długo, aż opróżniłyśmy 3 spore butelki (po Rum Creamie, Coco Manii i Coffee Liquerze, „męskie” rumy smakowały nam dużo mniej). Wszystko wliczone w cenę biletu. Najlepiej wydane 21 dolarów ever!

Rum, n. Generically, fiery liquors that produce madness in total abstainers.
Ambrose Bierce

It is well to remember that there are five reasons for drinking: the arrival of
a friend, one’s present or future thirst, the excellence of the rum, or any
other reason.
Latin proverb (only slightly modified)

Powitalne drineczki

No nie wiem


Im starszy tym ciemniejszy
Leżakowanie
Piłeś? Nie jedź!
W wyśmienitych humorach zdecydowałyśmy się na krótką sesję fotograficzną w trzcinie cukrowej dostarczającej surowca do produkcji rumu. Nieskromnie trzeba przyznać, że spokojnie mogłybyśmy wystąpić w reklamie Appletonu. Pozbawione jakiegokolwiek środka transportu zdecydowałyśmy się na łapanie stopa, a jakże.

Do Maggotty może?

O zmierzchu dojechałyśmy do Maggotty na pyszną kolacyjkę u sióstr z Polski (mmm, kiełbasa!), a ksiądz Marek zaprosił nas na następny dzień na wieczerzę wigilijną. Cóż mogłyśmy powiedzieć... I tak nie miałyśmy żadnych planów, a wizja pysznego polskiego jedzonka kusiła niesamowicie. Nie było innego wyjścia! Musiałyśmy się zgodzić :).

Sesja w trzcinie cukrowej